Decyzja Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o nałożeniu na burmistrza Myślenic kary administracyjnej w wysokości 7700 zł za publikację niezanonimizowanego załącznika do petycji dotyczącej połączenia kolejowego Kraków-Myślenice natychmiast stała się tematem licznych publikacji i komentarzy. Wiele nagłówków sugerowała jednak, że sprawa jest jednoznaczna i przesądzona. Tymczasem rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej złożona.
Przede wszystkim nie mamy do czynienia z celowym ujawnieniem danych osobowych mieszkańców ani z działaniem podjętym osobiście przez burmistrza. Od początku postępowania Urząd Miasta i Gminy w Myślenicach wskazywał, że doszło do niezamierzonego błędu technicznego podczas publikacji dokumentów w Biuletynie Informacji Publicznej. Zamiast wersji zanonimizowanej opublikowano niewłaściwy plik. Po wykryciu pomyłki dokument został niezwłocznie zastąpiony prawidłową wersją.
Warto również zwrócić uwagę na skalę zdarzenia. Z informacji przedstawionych w toku postępowania wynika, że plik zawierający dane został pobrany jedynie przez jedną osobę spoza urzędu. Była to osoba, która następnie zgłosiła sprawę do UODO. Nie zmienia to faktu, że organ nadzorczy uznał naruszenie przepisów, jednak pokazuje rzeczywistą skalę rozpowszechnienia dokumentu, znacząco odbiegającą od obrazu kreowanego przez część mediów.
Sprawa posiada także wyraźny wymiar polityczny. Petycja, której dotyczył opublikowany załącznik, była inicjatywą obywatelską. Według relacji mieszkańców Krzyszkowic jednym z jej współorganizatorów miał być działacz związany ze środowiskami KOD i Koalicji Obywatelskiej. To właśnie on zawiadomił organ ochrony danych o naruszeniu, a następnie kwestionował wcześniejsze rozstrzygnięcia i doprowadził do dalszego procedowania sprawy.
Co istotne, jesienią 2025 roku UODO rozpatrywał już tę sprawę i zakończył postępowanie poprzez zastosowanie środka w postaci upomnienia. Takie rozstrzygnięcie nie satysfakcjonowało jednak skarżącego, który doprowadził do ponownego zajęcia się sprawą przez urząd. W efekcie ten sam stan faktyczny zakończył się tym razem nałożeniem kary finansowej w wysokości 7700 zł.
Urząd Miasta i Gminy nie zgadza się z tą decyzją. Władze samorządowe skierowały skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który ostatecznie oceni zasadność stanowiska UODO. Oznacza to, że sprawa nie została jeszcze prawomocnie rozstrzygnięta. Wbrew niektórym medialnym komentarzom nie można więc mówić o definitywnym przesądzeniu odpowiedzialności ani o ostatecznym obowiązku zapłaty kary.
W stanowisku skierowanym do sądu zwrócono również uwagę na istotny aspekt praktyczny. Jak wskazują urzędnicy, podobne petycje zawierające podpisy mieszkańców były przez dłuższy czas publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie. Może to świadczyć o tym, że praktyka publikowania tego rodzaju dokumentów nie była wcześniej oceniana przez administrację publiczną jako jednoznacznie niedopuszczalna.
Pełny obraz sprawy jest więc znacznie bardziej skomplikowany, niż mogłoby wynikać z krótkich medialnych przekazów. Osoba współorganizująca petycję stała się jednocześnie inicjatorem postępowania, następnie kwestionowała wcześniejsze rozstrzygnięcie i doprowadziła do dalszego procedowania sprawy. Formalnie miała do tego pełne prawo. Trudno jednak nie zauważyć, że od początku do końca pozostawała jedną z głównych stron całego sporu.
Warto również postawić pytanie o proporcje. Czy podobne błędy zdarzające się w innych instytucjach publicznych zawsze wywołują równie szerokie zainteresowanie mediów? Czy każda urzędnicza pomyłka staje się tematem publikacji największych redakcji w kraju? A może w tym przypadku mamy do czynienia z próbą wykorzystania incydentalnego błędu administracyjnego do prowadzenia politycznego sporu i kolejnego ataku na burmistrza, który swoją codzienną pracą, skutecznością w pozyskiwaniu środków oraz aktywnością na rzecz rozwoju gminy wyróżnia się na tle wielu samorządowców w regionie?
Nie jest tajemnicą, że od dłuższego czasu część lokalnej opozycji, reprezentowanej m.in. przez radnych Ewę Wincenciak-Walas i Macieja Ostrowskiego, a także komentatora ze „społeczeństwa obywatelskiego”, konsekwentnie buduje krytyczną i często jednostronną narrację dotyczącą działalności burmistrza Jarosława Szlachetki. Niemal każda sprawa staje się pretekstem do formułowania kolejnych zarzutów i podważania działań władz samorządowych, niezależnie od rzeczywistej skali problemu.
Krytyka osób pełniących funkcje publiczne jest naturalnym i potrzebnym elementem demokracji. Powinna jednak opierać się na faktach, zachowaniu proporcji i rzetelnej ocenie okoliczności. W przypadku omawianej sprawy trudno nie odnieść wrażenia, że błąd urzędniczy został wykorzystany do wywołania politycznej burzy oraz budowania negatywnego przekazu wokół osoby burmistrza Myślenic, mimo że postępowanie nadal nie zostało prawomocnie zakończone.
Nie ma wątpliwości, że dane osobowe mieszkańców powinny być chronione z najwyższą starannością, a podobne błędy nie powinny mieć miejsca. Równie ważne jest jednak zachowanie zdrowego rozsądku i odpowiednich proporcji. Między bagatelizowaniem pomyłek a wydawaniem natychmiastowych medialnych wyroków istnieje przestrzeń dla rzetelnej oceny faktów. A tej ostatecznie dokona nie nagłówek prasowy ani polityczny przeciwnik, lecz niezawisły sąd.

